Kochani, przed świętami trzeba by wiele, a że nie można myśleć i mówić, to muszę działać. Więc nie mam czasu na pisanie długich lub też jakichkolwiek postów. Zawsze kiedy ktoś mówi: "trzeba by..." przypomina mi się wierszyk z książeczki, którą dostałam kiedyś od Taty. Kiedy chorowałam, kupował mi w drodze powrotnej z przychodni, książeczki w pobliskiej księgarni. Szczególnie przypadła mi do serca książka z wierszami Aleksandra Fredry. Jednym z nich jest "Trzeba by".
Dawnymi czasy, jak pewna wieść niesie,
Czterech podróżnych zabłądziło w lesie,
Mróz był tak mocny, noc była tak ciemna,
Że chęć podróży stała się daremna.
Ogień więc rozłożyli
I dnia czekać uradzili.
-- Trzeba by -- rzecze jeden i poziewa --
Przynieść więcej drzewa.
-- Trzeba by -- rzecze drugi
Legając jak długi --
Rozszerzyć ogniska,
By wszystkich grzało z bliska.
-- Trzeba by -- zamruczał trzeci --
Czym zasłonić od zamieci.
-- Trzeba by nie spać -- bąknął czwarty,
Na łokciu oparty.
Tak każdy powiedział,
Co wiedział,
I myśląc jeszcze o lepszym sposobie,
Zasnął sobie.
Cóż z tego: ogień zgasł, a nieostrożni
Pomarli podróżni. --
Gdzie bez czynu sama rada,
Biada radźcom, dziełu biada.
Więc nie myślę co trzeba by zrobić, tylko zasuwam do pracy. Może uda mi się efekty tej pracy pokazać przed świętami :-)
Nie mam czasu a w zasadzie siły. Roraty to piękne przeżycie, ale jako człowiek typ sowa cierpię bardzo. Lubię popracować w domu do 2 w nocy a nawet dłużej, latem czasami witam dzień i idę spać. Cisza dodaje mi skrzydeł. Zresztą zawsze tak było. Posiedzieć w nocy lubiłam: czytać książki, gotować, czy też robić jakieś prace plastyczne. Jednak potrzebuje rano poleżeć trochę w łóżku, no dłużej niż inni :). Dłużej to nie 9, bo to już środek dnia, ale 7, byłaby ok. Niestety nie ma tak dobrze ;). W związku z tym chodzę lekko nieprzytomna, bo kładę się o północy, wstaję 5, troszkę po 5. Niby to też 5 godzin nu, ale jak zupełnie inaczej "smakują". W każdym razie przygotowania świąteczne są raczej duchowe, może w końcu dostanę kopa do sprzątania, robienia ozdób etc. Marzy mi się trochę zawirowań w wystroju. Madeleine zaprosiła mnie do zabawy, w której z chęcią wezmę udział. Zabawa polega na odpowiedzeniu na kilka pytań, co z chęcią uczynię :)
A więc zaczynamy:
1.Jaki jest Twój ulubiony film świąteczny?
Z tym filmem to trudna sprawa. Bo lubię: 'Holiday', 'Kevin sam w domu'. Lubię bardzo 'To właśnie miłość'. Wpadł mi w oko film 'Listy do M.', ale rażą mnie w tym ostatnim dwie sceny, bo przez nie nie mogą oglądać tego filmu nasze dzieci, mimo, że Kostek jest rewelacyjny. Dość wymowne, ale nie do wytłumaczenia dziecku. Nie lubię też jak homoseksualizm jest przedstawiony w formie normy społecznej akceptowalnej przez wszystkich. To wmawianie że normą jest coś co norma nie jest.
2.Najgorszy prezent jaki dostałaś?
Pewnie było ich w życiu kilka - nie do końca trafionych, nie do końca "najszczęśliwszych", ale staram się nie pamiętać. Pamiętam za to tych ulubionych, trafionych na 200%, w których się zakochałam i darzę je miłością do dzisiaj :)
3.Ulubiona piosenka świąteczna
Jestem "wiekowa". Zdałam sobie sprawę z tego, że pierwszą świąteczną piosenką, którą kojarzę w moim życiu jest "Last Christmas". Kiedyś szalało się za Georgem Michaelam lub za Limahlem. Zdecydowanie wolałam tego pierwszego. Rany. to mój pierwszy Sylwester u koleżanki w domu z sąsiedniej klatki. To są wspomnienia....
4. Przepis na ulubioną potrawę Bożonarodzeniową lub po prostu napisz coś o tym daniu.
Dużo jest tych dań, na Wigilię Bożego Narodzenia czekam cały rok m.in. ze względu na potrawy. Z mojego rodzinnego domu to zawsze będzie kutia, ryba po grecku, śledź w occie, oliwie (mój Tatuś robił chyba najlepsze w każdym razie z nim kojarzę te dania). Z kuchni mojego Najlepszego z Mężów zaczerpnęliśmy rodzinnie też kilka dań, bo kuchnia jego rodzinnego domu jest zupełnie inna niż mojego. I tu chciałam Wam polecić najwspanialsze delicję: deser nad desery: pierogi ze śliwką. Nie jest to trudne do zrobienia; ciasto pierogowe jak na każde inne pierogi. Nadzieniem są suszone śliwki. Żadna filozofia, wkładamy jedną lub dwie śliwki suszone (w zależności od wielkości pieroga lub śliwki) i sklejamy. Gotujemy w lekko osolonej wodzie (ja dodaję też ciut cukru). Podajemy polane sklarowanym masłem. Dla mnie odlot.
5.Jaką polecasz książkę na czas Adwentu?
Poleciałbym książkę ojca Jamesa Manjackala "Uzdrowienie wewnętrzne" lub Todd Burpo "Niebo istnieje naprawdę"
Adwent, czas, który uwielbiam. Czas oczekiwania na CUD. Od jutra roraty, na które mamy zamiar wyruszać całą rodzinką. Ciekawa jestem, czy się nam uda, bo to jednak wstać wszyscy muszą jeszcze nocą i wyjść z domu nocą, ale od czego są lampiony, prawda?
No i mamy wieniec adwentowy, jak na przekór nie biały, nie czerwono-złoty, ale fioletowo-różowy :-) Dziś zapaliliśmy pierwszą świeczkę.
Tutaj na stole :)
a tu jeszcze w trakcie robienia...
Nasz misiek Staruszek (no może przesadzam, bo ma 10 lat jeno - dostał go pierworodny jeszcze w szpitalu od swojego przyszłego ojca chrzestnego) bierze udział w konkursie u Madeleine. Miśków tam jest mnóstwo, każdy wyjątkowy. Zajrzyjcie koniecznie do galerii i oddajcie głos na ten co wpadł Wam w oko.
A tu nasz misiek:
Tu w towarzystwie młodszego kolegi - miśka, który dostał najmłodszy - też w szpitalu. Od pewnej Ciotki...
Co robi matka czworokątna nocą? Ano różne rzeczy, kiedyś napiszę o tym dużo.
Matka czworokątna robi też sporo z samego rańca. W zwykłe dni są to normalne rzeczy jak budzenie dzieci z kubkiem kawy w garści, błaganie, żeby już w końcu wstały, że rozumiem, że szaro, buro i okropnie, ale trzeba i już... Rzeczami takimi jak śniadanie do szkoły zajmuje się zasadniczo Najlepszy z Mężów. Rano poszukuje się rzeczy, które zasadniczo powinny być na swoim miejscu a nie są. Poranki są różne, są poranki niespieszne, bo jakimś cudem czas wcale nie zasuwa, czasami jest nerwowo, bo gdzieś znikają minuty, jakby ktoś przekręcił wskazówki zegara.
Dziś poranek był słodki. Są dni wyjątkowe, odświętne, kiedy jedno z dzieci jedzie na wycieczkę szkolną. Wtedy poza normalnym prowiantem do szkoły, dostaje coś słodkiego. Odświętność dnia podkręcona na maksa. Wzięło się to z zasad, które panowały w szkole: dzieci nie przynoszą słodyczy do szkoły, tylko normalne jedzenie na II śniadanie. Natomiast co innego wycieczka. Mam zapas czekolad, bo to jest słodycz, której dzieciom nie skąpie - szczególnie w formie gorzkiej czekolady. Niedawno szykowałam się na imprezkę urodzinową córki i przyszalałam z zapasem :-). W związku z tym postanowiłam zrobić muffiny z czekoladą Milką - baaaardzo mleczną. No bo przecież miało być słodko. Wstałam o tej porze co zwykle, wiec nie był to jakiś heroiczny wysiłek z mojej strony...
Muffiny z Milką:
Suche:
250g mąki
150g cukru trzcinowego (u mnie było 80g muscovado i 70g białego)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
1 czekolada Milka - rozdrobniona
1 czubata łyżka kakao Mokre:
1 jajko
200ml mleka
100ml oleju słonecznikowego
A teraz to już całkiem prosto - w jednej misce mieszamy suche produkty, w drugiej mokre. Następnie wlewamy mokre do suchego. Jak to przy muffinach bywa, nie ma konieczności idealnego rozmieszania na gładką masę. Mogą być grudki. Wykładamy do 12 dużych foremek - moim przypadku wyłożonych papierowymi "wyściółkami" (nawet nie wiem jak się to fachowo nazywa)*. Powinny sięgać do 2/3 foremki, może ciut więcej, ciasta wystarcza idealnie. Teraz prościzna. Pieczemy 20 minut w nagrzanym do 180st.C piekarniku. Najtrudniejsze w tym wszystkim jest czekanie, kiedy nieco ostygną, bo zapach kusi niesamowicie :-).
Przepraszam za jakość zdjęć - robię ostatnio telefonem i są takie kiepskie dlatego :-(
Dobrego dnia życzę!!!!
* coś mi wyżarło mózg.... przecież to papilotki :-)
Witajcie serdecznie! Dawno mnie nie było? Chyba nie... W domu dzieciska chorują, więc obietnice o rychłym pojawieniu się przepisu trochę się wydłużały. Pisałam, że to kremówka, ale tak naprawdę to bliższe jest napoleonce, bo krem jest budyniowy. Niemniej ciasto jest przepyszne i szybko je się robi - tzw "moje 5 minut". Dróżko, ten dopisek szczególnie do Ciebie :-)
ciasto na blaszce oprószone cukrem pudrem - pychotka :)
Do zrobienia ciasta potrzebujemy:
500g mąki pszennej
kostka margaryny (ja używam masła 250g)
1 jajko
pół szklanki kwaśnej tłustej śmietany (wiejska jest najlepsza z najlepszych)
szczypta soli (zawsze dodaję do ciasta)
brytfanna bez jednego boku
Piekarnik trzeba nastawić na 200 st C. W czasie, gdy piekarnik się nagrzewa, mąkę siekam z masłem, a potem dodać jajko i śmietanę (sól oczywiście też). Ciasto wyrabiam dość szybko, a potem dzielę na dwie równe części. Z każdej piekę dwa równe prostokątne lub kwadratowe placki. Brytfanna z jednym bokiem jest niezbędna, bo po upieczeniu ciasto jest b. kruche. Dla wygody rozwałkowuję ciasto od razu na papierze do pieczenia, na którym zaznaczam ołówkiem "pole do wypełnienia" ciastem. Na wszelki wypadek nakłuwam widelcem tu i ówdzie, aby uniknąć górek i pagórków. A potem piekę na złoty kolor.
a teraz pora na krem:
1/2 litra mleka (fajnie się robi na tłustym, czyli 3,2%)
cukier waniliowy
20 dkg cukru pudru
4 całe jajka
13 dkg mąki
10dkg masła
Jajka, cukier puder i mąkę mieszam na jednolitą masę niezbędny, rewelacyjnie szybki wydaje mi się wtedy mikser ;-), ale nie ma musu. W tym czasie gotuję mleko z cukrem waniliowym, do zagotowanej masy dodaję masło, a po rozpuszczeniu wlewam masę jajeczną. Żeby ograniczyć ilość grudek i uniknąć przypalenia (niestety ryzyko jest bardzo duże), zdejmuję na chwilę z ognia. Kiedy masa jest gładka stawiam znów na ogień i chwileczkę gotuję jak budyń. Gdyby jednak nie udało się uniknąć grudek, to się nie martwcie - można pomóc sobie mikserem, który w takich chwilach jest niezastąpiony. Ciepły jeszcze krem budyniowy wylewam na ciasto, przykrywam drugim płatem ciasta (zsuwając go z brytfanny). Posypuję cukrem pudrem. Ciasto zrobione! Teraz niestety potrzebna jest cierpliwość, ciasto musi wystygnąć i "nabrać mocy". Wszystkim życzę smacznego!!
Tu ostatnie kawałki pod kloszem.... Musiałam je chronić ;)
A teraz zapowiedź mini babeczek czekoladowo-miętowych, które zrobiłam na imprezę urodzinowo-imieninową mojej Karolci :-) ....