Ciężko wrócić do pisania, kiedy minęło tak dużo czasu. Pół roku prawie. W tym czasie nie siedziałam, próbowałam tworzyć, próbowałam okiełznać rzeczywistość. Udawało mi się po japońsku, czyli "jako-tako". Od marca wydarzyło się dużo. Pierwsza komunia pierworodnego - piękne i wzruszające wydarzenie. Później jedno dziecko w szpitalu, potem zaraz kolejne. Niby nic strasznego a rozbicie totalne, bo zawsze lęk i obawa towarzyszą takim wydarzeniom. Na szczęście wszystko finalnie się dobrze skończyło.
Wakacje intensywne, bardzo poznawcze. Morze polskie, Mazury, Zakopane, Wadowice, Kraków. Dużo tego, ale warto było. Teraz tak naprawdę ciesze się na wrzesień. Czwórka dzieci wyskoczy do jednostek edukacyjnych, zostaję tylko z jednym. Mam nadzieję rozwinąć skrzydła twórczo (o ile 9miesieczne dziecię mi pozwoli ;-))
A wczoraj... wczoraj były 7 urodziny mojej córeczki. To bardzo dzielna, mądra dziewczynka. A charakterek ma typowo góralski ;-D, więc na nudę macierzyńską nie narzekam.
Dzisiaj zrobiłam jej wymarzone bułeczki - scones. Wymarzone, bo kiedyś je jadła a od dłuższego czasu marzyła by je zjeść. A swoją drogą to chyba bardziej wariacja na temat scones ;-) Kiedyś zrobiłam je na podwieczorek i wyglądały tak:
Jednak urodzinowe śniadanie to co innego, były w towarzystwie dżemu i bitej śmietany :-)
No tak, ale czymże byłyby urodziny bez kwiatów??? Szczególnie od pierwszego mężczyzny w życiu, czyli taty. Tatus jak zwykle się spisał i nie zapomniał o swojej małej kobietce:
Scones a raczej wariacje na jego temat:
- 40 dkg mąki pszennej
- 3 łyżeczki proszku do pieczenia
- szczypta soli
- 10dkg zimnego masła
- 6-7 dkg cukru brązowego
- 2 jajka rozbite z mlekiem - łącznie 230ml płynu
Pieczemy 10-15 minut w temp.220st.C.
A teraz uciekam licząc na to, że jednak nie wszyscy o mnie zapomnieli w blogowym świecie.




