Zawsze z lutym kojarzyło mi się "Idzie luty, odziej buty". No niestety z tą aurą to raczej pasuje odziej kalosze. Tylko rymu nie ma.
Rozumiem, że wszyscy czekają na wiosnę. Ze mną chyba tak do końca nie jest... Owszem, kiedy padał śnieg i tak padał, i padał, i padał. To miałam dość. Dość non stop sypiącego się śniegu. W całej tej zimie zabrakło mi uroczego pejzażyku: słońce, bezchmurne niebo i mnóstwo białego śniegu. No jakoś tego nie zauważyłam i mam niedosyt. Bo przecież właśnie takie widoki sprawiają, że zamiera nam dech w piersiach z zachwytu. Wtedy nie jesteśmy w stanie nasycić się pięknem tego świata. Dlatego jeszcze wiosny nie chcę, jeszcze marzy mi się prawdziwy zimowy widok :-). Jak z bajki. A potem wiosna już może przychodzić.
Póki co dzieciaki wyjechały z małżem na narty. Została mi "tylko dwójka". Fajnie brzmi, prawda? Jak ktoś ma dwójkę, jedno chodzi do przedszkola i zachoruje to wszyscy współczuję: oj, to ty teraz z dwójką w domu, dajesz radę? A ja jestem sobie na luzaku i mam swoje ferie :)
A jak mam ferie to się byczę, byczę totalnie, więc lista rzeczy do zrobienia się wydłuża coraz bardziej... No bo przecież MUSZĘ nadgonić pozaczynane robótki, wyzwania, których się podjęłam. Najlepiej przy muzyce.
Od kiedy mam dzieci, moje urodziny mają inny wymiar. Dużo ciekawszy. Tak naprawdę teraz cieszę się z urodzin, dają mi dużo, dużo radości. Wczoraj był jeden z najlepszych moich dni. Dlaczego? Nic szczególnego. Był po prostu DOBRY. Dzieciaczki przeżywały ten dzień bardzo. Dostałam dużo obrazków, laurek.
Spokojnie płynął dzień a wieczorem, kiedy już wszyscy byli w domu. Pojawił się on, długo wyczekiwany... Tort. Ze świeczkami jak należy :-)
Były też tradycyjnie róże od Ślubnego. W "naszym" kolorze.
Mimo, że mamy cukiernię bardzo blisko i do niedawna korzystaliśmy z ich usług, postanowiliśmy, ze będziemy robić "torty" w domu. Nie są to piętrowe torty jak na obrazku, nawet nie są na biszkopcie, ale są takie jak jubilat lubi najbardziej. A jubilatka lubi torcik migdałowy. Niestety nie ostał się nawet okruszek. Ale nie martwcie się. Szybko można go zrobić. Na każda okazje.
250g mielonych migdałów (migdały mielę w malakserze, trwa to naprawdę krótko, można tez kupić gotowe mielone)
100g cukru pudru
4 białka
2 łyżki cukru trzcinowego
szczypta soli
1/3 łyżeczki esencji waniliowej
3-4 krople esencji migdałowej
masło do wysmarowania formy
100g płatków migdałowych
czekolada - do ozdobienia (rozpuszczona w kąpieli wodnej)
Na spód formy o średnicy 24cm kładziemy krążek z pergaminu, a następnie boki i spód smarujemy "uczciwie" (czyli nie żałując) masłem. Wysmarowaną formę posypujemy płatkami migdałowymi, na dnie wykładamy ciut więcej. Tak przygotowaną formę wstawiamy do lodówki. W czasie, gdy forma się chłodzi, a piekarnik nagrzewa do 160st C, ubijamy z białek (z dodatkiem szczypty soli i dwóch łyżek cukru trzcinowego oraz obu esencji) lśniącą i sztywną pianę. Mielone migdały mieszamy z cukrem pudrem. Powstały proszek stopniowo dodajemy do piany. Jednolitą masę wylewamy do schłodzonej formy. Lekko ostukujemy boki, by piana lekko osiadła - pozostałe z wysypywania formy płatki równomiernie rozsypujemy po wierzchu. Torcik pieczemy 40-45 minut na złoty kolor. Ciasto studzimy w formie, a po wystudzeniu ozdabiamy roztopioną w kąpieli wodnej czekoladą.
Smacznego!!!
A teraz uciekam, bo ferie mamy i dzieciska na mnie czekają :-)
Mój ówczesny chłopak poprosił mnie bym została jego żoną... Zgodziłam się.
Co więcej teraz, mając za sobą tyle wspólnego doświadczenia, wspólnych przeżyć, wielkich szczytów i małych dolinek, również teraz bez wahania powiedziałabym TAK. Wiem, że najpiękniejsze jeszcze przed nami...
Dziękuję Ci mój Najlepszy z Mężów za minione lata i za te co przed nami.
Kolejny rok mojego życia zbliża się ku końcowi. Zauważyłam, że ostatnio z wielką chęcią sięgam po książki z dzieciństwa, z czasu, kiedy przeistaczałam się z dziewczynki w kobietę. Mam ochotę na nowo zagłębić się w literaturę z tamtego czasu i... powoli polecać ją mojej córce.
Sięgnęłam już po następujące pozycje: "Pollyanna", "Pollyanna dorasta", "Ania z ZielonegoWzgórza". Marzy mi się cała Jeżycjada Małgorzaty Musierowicz. Przeczytać i mieć. Na forever. Pamiętam jak czytałam równolegle z moją mamą poszczególne książki. Pamiętam jak poszczególne rozdziały "Opium w rosole" drukowane były w "Płomyku". Cudowny czas. Czy ja się starzeję?????? Chyba nieuchronnie, w końcu niedługo już nie będę "ryczącą czterdziestką", ale "panią po czterdziestce". Szok. Nie dowierzam, ale z przyjemnością czytam kolejną książkę z mojego czasu. Tym razem Krystyna Siesicka mi się przypomniała i jej "Przez dziurkę od klucza".
Z sentymentem też robię murzynka. Ciasto, które smakuje dzieciństwem - chociaż tak dobrego jak moja mama nie robi już nikt. Był przekładamy kremem z twarogu - chyba się kiedyś podejmę :), z wisienkami z konfitur domowej roboty na wierzchu. Był jak tort. Mama robiła go, kiedy wracaliśmy z kolonii lub obozu. Już mi pachnie dzieciństwem...
Mój jest mniej wykwintny, ale niezawodny. Zawsze się udaje. Przepis i fotki wkrótce.
A w kubasie przy książce... kawa, która mi nie stygnie :) Dar od św. Mikołaja.
Są takie dni, że koniecznie, ale to koniecznie musi się znaleźć jakiś poprawiacz nastroju, bo jak nie, to... Normalnie schodźcie z drogi. Zawsze działa dobrze na mnie odrobina czekolady, a najlepiej caaaaałe mnóstwo. Rewelacyjna jest też muzyka lub ukochany film. Uwielbiam Notting Hill. Dobrze mi się kojarzy. Pierwszy raz oglądałam go w kinie z moim Najlepszym z Mężów, kiedy jeszcze owym mężem nie był. Niestety tego kina już nie ma. Odeszły w zapomnienie urocze skrzypiące odkładane krzesełka, które strzelały po wstaniu. Wspomnienie "starych dobrych czasów"... Żadne tam HD. Film polecam, podobnie, jak soundtrack. Na zachętę She
Oczywiście poprawiaczem humoru jest pobyt w SPA. Nawet jednodniowym. Wybrała się tam Mariolka. Czy była zadowolona, same zerknijcie ;-)
No i kawka z pianką poprawia mi nastrój, może nie zawsze, ale bywa...
Za to zawsze, ale to zawsze działa czekolada i wyroby z niej.
Tym razem poszalałam, bo trochę przerobiłam przepis ze Złotej księgi czekolady, którą dostałam daaaawno temu, ale od niedawna z nią się zaprzyjaźniłam. Z natury tak mam, że przepisy przerabiam, korzystam z mojego doświadczenia i wiem, że coś trzeba zmienić by mi pasowały. Najlepszy z Mężów mówi, że mają wtedy "charakter". Chyba mój ;-)
Właśnie polecam Wam z całego serca mini babeczki czekoladowo-miętowe. Lubię taką kompozycję smakową jak w After Eight, zresztą już kiedyś polecałam ciasteczka czekoladowe pełne mięty...
Babeczki:
300g maki pszennej
75g kakao w proszku
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/4 łyżeczki soli
165g miękkiego masła
300g cukru
3 duże jajka
200ml mleka
1 łyżeczka esencji miętowej
150g czekolady miętowej (mogą być pastylki miętowe w czekoladzie)
pół pęczka siekanej mięty - świeżej (opcjonalnie, ale ja zawsze dodaję)
Piekarnik rozgrzewamy do temp 180st C. W sporej misce mieszamy mąkę z proszkiem do pieczenia, sodą i solą. W drugiej misce - trochę jednak większej :-) - mikserem na wysokich obrotach ucieramy masło z cukrem na gładki krem maksymalnie jak się da. W powstałą masę wmiksowujemy jajka. Następnie zmniejszamy obroty i stopniowo dodajemy - na zmianę: mieszankę z mąką i mleka wymieszanego z esencją miętową. Pod koniec miksowania dodajemy posiekaną drobniuteńko świeżą miętę. Do gładkiej masy dodajemy pokrojoną czekoladę - wielkość kawałków jest dowolna, zazwyczaj robię to malakserem, więc są różnej wielkości. Foremki na muffiny wykładamy papilotkami, masę nakładamy do 2/3 wysokości. Wielkość jest dowolna. Ja używam takich minimuffinek - 24 szt na blaszce, ale można większe - standardowe. Zasada jest zawsze ta sama - do 2/3 wysokości. Przy małych babeczkach czas pieczenia to ok 18 minut, przy większych 25, a zasadniczo aż włożona wykałaczka będzie sucha. Po upieczeniu babeczki odstawiamy na kratce do wystudzenia
Polewę czekoladową tradycyjnie robimy w kąpieli wodnej. Połamaną na kawałeczki czekoladę rozpuszczamy, dodajemy esencję miętową i kilka łyżek śmietany. Jeśli mimo wszystko polewa się rozwarstwia, nie jest jednolicie gładka można dodać 2-3 łyżeczki mleka. Po lekkim ostudzeniu nakładamy polewę obficie na babeczki. Dodatkowo można posypać groszkiem czekoladowym. Smacznego!!!