Do tego, że rano jest ciemno, kiedy otwieram jedno oko, to się już przyzwyczaiłam. Niestety najsmutniejsze jest to, że nie robi się naprawdę jasno aż do końca dnia. Zapodziało się gdzieś słońce za grubą warstwą chmur. Najtrudniejsze w listopadzie jest nie tylko to, że dni są krótkie, że pada deszcz, ale to, że słońca prawie nie widuję. Jasność mogę jeszcze zastąpić żarówkami o mocnej mocy, ale słońce to ogień. Więc jakoś sobie radzę rozpalając już od rana kilkanaście świeczek - tea-lightów .
Początkowo są zapachowe: zapach owoców, coś co przypomina lato, które odeszło, potem wstawiam bez zapachu, aby powoli wchodzić w zapachy zimy, świat. Teraz jestem na etapie "mieszanym". Już mam kilka wystawionych świeczek o zapachu "jabłko z cynamonem". Wiem, ze nadchodzi czas, kiedy upiekę pierwszy piernik.
Piernik piernikiem a póki co na drugie śniadanie słoneczne placuszki z jabłkiem i bananem. Cukier puder to trochę słodyczy i do przodu, byle do wiosny :)
"Miłość prawdziwa zaczyna się wówczas, gdy niczego w zamian nie oczekujesz" Antoine de Saint-Exupery
piątek, 9 listopada 2012
środa, 7 listopada 2012
Deszczowo...
Niestety nie w Paryżu, ale w Warszawie... tu dopadł mnie deszcz, deszcz jesienny... Zimno i smutno, ale też melancholijnie. Już czas na zapalone świeczki na kominku, półeczkach już od rana. Dają nieco energii, siły by przetrwać te krótkie, ciemne dni...
Dobrego czasu Wam życzę...
Mały dopisek: Właśnie wsiąkłam w pewien blog. Prowadzi go mama rówieśnika mojego najmłodszego berbecia. Polecam, zajrzyjcie do Wegemamy
niedziela, 4 listopada 2012
Słodka niedziela :)
Niedziela jest niewątpliwie zwieńczeniem tygodnia. Jednocześnie jest wstępem do kolejnego, tego, który lada moment ma się zacząć. Ma dać nam dużo siły, wiec to jak ją spędzimy, ile czasu poświęcimy sobie nawzajem, jak bardzo serdeczni do siebie będziemy może wpłynąć na to jak ten najbliższy tydzień będzie wyglądał.
Staramy się niedzielę spędzać "niedzielnie". Cóż to znaczy? Nic wielkiego. Śniadanie bardziej uroczyste - żeby każdy na stole mógł znaleźć coś dobrego dla siebie. Obiad, w czasie którego wszyscy możemy jednocześnie zasiąść do stołu. Głównym punktem dnia jest Eucharystia. Bez mszy niedziela nie byłaby niedzielna. Zapominamy o zakupach, sklepach, szybkim życiu. Za to chętnie spotykamy się ze znajomymi, przyjaciółmi. Cieszymy sobą, ludźmi, którzy są w naszym życiu obecni, wspominamy nieobecnych.
Niedziela to koniecznie coś słodkiego. Dzisiaj ma smak sernika z polewą czekoladową. Taki sernik nie jest trudny do zrobienia, naprawdę. Przepis dostałam od swojej blogowej koleżanki (dziękuję jeszcze raz). Ciasto zrobiło furorę w naszym domu.
Sernik:
składniki:
1kg mielonego twarogu (kupuje wiaderko gotowego - firma chyba nie ma znaczenia, proponuję ulubiony)
1 kostka masła
6 jajek
1 szkl cukru
2 budynie (waniliowe - sernik bardziej zółty, śmietankowy - sernik bardziej biały)
0,5 kubka mleka
ciastka be-be lub petit beurre
Polewa: czekolada gorzka, czekolada mleczna, 3 łyżki śmietany 30% - razem rozpuszczone w kąpieli wodnej
W blaszce układam jedną warstwę herbatników. Do dużego garnka wkładam: twaróg, masło, cukier, jajka. Wszystko gotuję mieszając. W momencie zagotowania masy zmniejszam ogień i gotujemy jakieś 10 minut. W kubku mieszam mleko z proszkami budyniowymi, a następnie wlewam do gotującej się masy serowej. Żeby nie powstały grudki na chwilę zdejmuję garnek z ognia, wlewam intensywnie mieszając i ponownie stawiam na "źródło ciepła". Gotuję około minut cały czas intensywnie mieszając. Powstałą masę wlewam na ułożone herbatniki, przykrywam warstwą ciastek. Odstawiam na chwilę, a w tym czasie robię polewę z czekolad i śmietany kremówki. Jednolita masę wylewam na ciepłe jeszcze ciasto, odstawiam na kratce do ostygnięcia. Kiedy ciasto osiągnie temperaturę pokojową, wstawiam w chłodne miejsce i... czekam do następnego dnia. Sernik jest wilgotny, bardzo kremowy. Ostatnio kusi mnie by dodać budyń czekoladowy, ale jeszcze nie miałam odwagi :-)
Nasza słodka niedziel dobiega końca. Dobrego czasu Wam wszystkim życzę!
Staramy się niedzielę spędzać "niedzielnie". Cóż to znaczy? Nic wielkiego. Śniadanie bardziej uroczyste - żeby każdy na stole mógł znaleźć coś dobrego dla siebie. Obiad, w czasie którego wszyscy możemy jednocześnie zasiąść do stołu. Głównym punktem dnia jest Eucharystia. Bez mszy niedziela nie byłaby niedzielna. Zapominamy o zakupach, sklepach, szybkim życiu. Za to chętnie spotykamy się ze znajomymi, przyjaciółmi. Cieszymy sobą, ludźmi, którzy są w naszym życiu obecni, wspominamy nieobecnych.
Niedziela to koniecznie coś słodkiego. Dzisiaj ma smak sernika z polewą czekoladową. Taki sernik nie jest trudny do zrobienia, naprawdę. Przepis dostałam od swojej blogowej koleżanki (dziękuję jeszcze raz). Ciasto zrobiło furorę w naszym domu.
Sernik:
składniki:
1kg mielonego twarogu (kupuje wiaderko gotowego - firma chyba nie ma znaczenia, proponuję ulubiony)
1 kostka masła
6 jajek
1 szkl cukru
2 budynie (waniliowe - sernik bardziej zółty, śmietankowy - sernik bardziej biały)
0,5 kubka mleka
ciastka be-be lub petit beurre
Polewa: czekolada gorzka, czekolada mleczna, 3 łyżki śmietany 30% - razem rozpuszczone w kąpieli wodnej
W blaszce układam jedną warstwę herbatników. Do dużego garnka wkładam: twaróg, masło, cukier, jajka. Wszystko gotuję mieszając. W momencie zagotowania masy zmniejszam ogień i gotujemy jakieś 10 minut. W kubku mieszam mleko z proszkami budyniowymi, a następnie wlewam do gotującej się masy serowej. Żeby nie powstały grudki na chwilę zdejmuję garnek z ognia, wlewam intensywnie mieszając i ponownie stawiam na "źródło ciepła". Gotuję około minut cały czas intensywnie mieszając. Powstałą masę wlewam na ułożone herbatniki, przykrywam warstwą ciastek. Odstawiam na chwilę, a w tym czasie robię polewę z czekolad i śmietany kremówki. Jednolita masę wylewam na ciepłe jeszcze ciasto, odstawiam na kratce do ostygnięcia. Kiedy ciasto osiągnie temperaturę pokojową, wstawiam w chłodne miejsce i... czekam do następnego dnia. Sernik jest wilgotny, bardzo kremowy. Ostatnio kusi mnie by dodać budyń czekoladowy, ale jeszcze nie miałam odwagi :-)
Nasza słodka niedziel dobiega końca. Dobrego czasu Wam wszystkim życzę!
sobota, 3 listopada 2012
Miłość mojej Córeczki
Niezmiennie mnie wzrusza okazywanie miłości przez moją najstarszą córkę. Zawsze były to obrazki, obrazeczki, często koraliki, naszyjniki, które sama robiła. Zasiadała sobie w swoim pokoiku (no nie takim swoim, bo dzieli go z siostrą a był czas, że dzieliła ten pokój jeszcze z bratem), wyciągała swoje skarby i działała. Twórcza jest bardzo o czym już kiedyś pisałam. Podrzuca mi czasami rysunki, ot tak od niechcenia...
![]() | |
| Ukochane dzieciaczki otoczone miłością - wizja Karoliny :) |
Od kiedy zaczęła pisać znajduję to tu, to tam karteczki - znalazłam taką w kieszeni swoich spodni:
A ostatnio wzruszyłam się chyba najbardziej bo był najprawdziwszy list. Ten list, tych kilka zdań spowodowało, że moje oczy były pełne łez, łez szczęścia. Nieistotne są błędy, których nieco nawsadzała, bo liczy się treść. Poruszyło i rozbawiło mnie szczególnie jedno zdanie.
Ciekawa jestem czy zgadniecie, które :).
Wzrusza mnie jeszcze to, że Karolka nigdy nie rysuje tylko mnie i siebie, ale zawsze rysuje siebie z rodzeństwem. Bo oni naprawdę są taką paczką - trzymają się mocno i się mocno wspierają. Czasami baaaaaaaaaaaaardzo się jednoczą i stanowią nadzwyczaj silna opozycję w moich działaniach ;). A ponieważ aktualnie bardzo się zjednoczyli, to uciekam, spacyfikować opozycję :)
P.S. Dopisek o 18.53:
Znalazłam jeszcze coś w swoich skarbach - modelinowe dzieło:

wtorek, 7 sierpnia 2012
Historia pewnej komody, a w zasadzie część historii
Chciałam mieć ładną komodę - cokolwiek to znaczy "ładna". Komodę, która by mi pasowała do salonu. Jednak poszukiwania nie udawał się w żaden sposób. Te ze sklepów nie powalały urodą, ale za to ścinały z nóg, kiedy okazywało się, ile kosztują. Tak po cichu zaczęłam liczyć na cud...
Nie mam w zwyczaju zaglądać w kąty sąsiadom, znajomym bliższym i dalszym. Nie wiem co mają w garażach, na poddaszach, co nowego zakupili i dlaczego. Ale zdarzyło się tak, że pewnego nie musiałam zajść do garażu sąsiadów. To był totalny przypadek. Patrzę i co widzę??? moja wymarzona komoda stoi i robi za schowek na graty. Zbierałam się do tego, aby pogadać z sąsiadami, że może od nich odkupię to cudo. Zanim zaczęłam myśleć o rozmowie, to rozpoczęli remont garażu - jakieś malowanie kupowanie półek. Nie miałam nic do stracenia. Poszłam i mówię: sąsiedzie miły, widziałam komodę u was, czy jest wam potrzebna? bo jak nie to bym wzięła, bardzo chętnie. A sąsiad na to: Asieńko, właśnie ją miałem porąbać. Bierz, to się nie będę musiał wysilać. Tak oto stałam się właścicielką wymarzonego mebla. Nie zastanawiałam się tak naprawdę, ile pracy mnie czeka. Sprawdziłam tylko na szybko, czy bejca w miarę gładko schodzi. Schodziła - jak mi się wydawało - bardzo dobrze.
Za mną już dużo pracy, szlifowania i niestety nie będzie lekko :-). Pierwotnie myślałam, ze komodę poolejuję i będzie git, ale niestety nie da się wszystkiego oszlifować, w zakamarkach jest baardzo dużo barwnika. Pędzlem można tam dotrzeć, gorzej papierem ściernym...
Pokazuję zdjęcia z dnia zdobycia komody, a pod nimi zdjęcia z dzisiaj. Widać różnicę, ale do ideału daleko....
I to chyba tyle na dzisiaj. Idę do roboty ;-)
Nie mam w zwyczaju zaglądać w kąty sąsiadom, znajomym bliższym i dalszym. Nie wiem co mają w garażach, na poddaszach, co nowego zakupili i dlaczego. Ale zdarzyło się tak, że pewnego nie musiałam zajść do garażu sąsiadów. To był totalny przypadek. Patrzę i co widzę??? moja wymarzona komoda stoi i robi za schowek na graty. Zbierałam się do tego, aby pogadać z sąsiadami, że może od nich odkupię to cudo. Zanim zaczęłam myśleć o rozmowie, to rozpoczęli remont garażu - jakieś malowanie kupowanie półek. Nie miałam nic do stracenia. Poszłam i mówię: sąsiedzie miły, widziałam komodę u was, czy jest wam potrzebna? bo jak nie to bym wzięła, bardzo chętnie. A sąsiad na to: Asieńko, właśnie ją miałem porąbać. Bierz, to się nie będę musiał wysilać. Tak oto stałam się właścicielką wymarzonego mebla. Nie zastanawiałam się tak naprawdę, ile pracy mnie czeka. Sprawdziłam tylko na szybko, czy bejca w miarę gładko schodzi. Schodziła - jak mi się wydawało - bardzo dobrze.
Za mną już dużo pracy, szlifowania i niestety nie będzie lekko :-). Pierwotnie myślałam, ze komodę poolejuję i będzie git, ale niestety nie da się wszystkiego oszlifować, w zakamarkach jest baardzo dużo barwnika. Pędzlem można tam dotrzeć, gorzej papierem ściernym...
Pokazuję zdjęcia z dnia zdobycia komody, a pod nimi zdjęcia z dzisiaj. Widać różnicę, ale do ideału daleko....
I to chyba tyle na dzisiaj. Idę do roboty ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)











